czwartek, 29 maja 2014

Efekty po miesiącu stosowania toniku z kwasem mlekowym 10%

Miesiąc temu rozpoczęłam kurację przeciwzaskórnikową, sporządzając w tym celu naturalny tonik oczyszczający na bazie trzech składników. Przepis znalazłam w internecie, delikatnie go zmodyfikowałam i powstał produkt o zawartości 10% kwasów AHA. Jako, że coraz bardziej przygrzewa słońce, nic z resztą dziwnego, za chwilę zaczyna się czerwiec - przerywam kurację, nie chcę nabawić się przebarwień czy innych problemów ze skórą. Przyszedł czas na podsumowanie stosowania poniższego preparatu.



Tonik oczyszczający, przeciwzaskórnikowy




Do przygotowania toniku potrzebowałam tylko trzech produktów uwiecznionych na zdjęciu czyli: kwasu mlekowego, żelu aloesowego i hydrolatu różanego. Hydrolat rumiankowy stosowałam w formie mgiełki do łagodzenia stanu skóry w ciągu dnia.
W tym poście opisałam pokrótce działanie każdego z powyższych składników: klik!



Przepis na tonik o pojemności 50 ml z zawartością 10% kwasu mlekowego wygląda tak: 


Żel aloesowy 5 ml
Hydrolat różany 40 ml 
Kwas mlekowy 5 ml



Wykonanie:
To nic trudnego. Do szklanej butelki z ciemnego szkła (do kupienia w aptece) wlałam odmierzoną ilość hydrolatu. Następnie dodałam pozostałe składniki. Wszystko połączyłam ze sobą energicznie potrząsając butelką. 
  • Do regulacji PH (które musi wynosić co najmniej 4) użyłam wodorowęglanu sodu (gdy PH było nieco za niskie). Oczywiście wszystko mierzyłam przy użyciu papierków lakmusowych.

Uwaga:
Pamiętajcie, że przy stosowaniu kwasów unikamy opalania, nie chodzimy na solarium i stosujemy kremy z wysokimi filtrami. :-) Ja w tym roku zdecydowałam się na Uriage. 





Miałam już do czynienia z kwasem salicylowym o stężeniu 2%, a także z glikolowym 8%. Przyznam szczerze, że jeżeli chodzi o efekty oczyszczające, to najlepsze zaobserwowałam właśnie podczas stosowania bohatera dzisiejszej notki czyli kwasu mlekowego 10%. 

Tonik starałam się stosować co każdą noc. Początkowo odczuwałam lekkie szczypanie skóry, dało się przeżyć, po kilku minutach ustawało. Nie było widać zaczerwienienia. Wiele z Was boi się podczas używania kwasów solidnego złuszczania. Ono występuje - to prawda -  ale przy użyciu peelingów kwasowych, toniki działają delikatniej i można je stosować dużo częściej. Nie obyło się bez złuszczania, wiadomo, ale było niewielkie i nie miałam problemów z ukryciem tego pod makijażem. 
Przejdźmy do efektów, bo to głównie o nie tutaj chodzi.  
Było bez wysypu, z tego powodu jestem bardzo zadowolona. Możliwe, że to dlatego, bo wczesną wiosną zaczęłam stosować podobny preparat BHA i wtedy co nieco pojawiło się na skórze. Płyn działa oczyszczająco, widać, że przy dłuższym i regularnym stosowaniu jest w stanie rozprawić się z zaskórnikami zamkniętymi. Ich ilość na mojej cerze zredukowała się. Zwęża pory, wygładza skórę, delikatnie ją rozjaśnia - to wszystko za sprawą zawartości kwasu mlekowego. Dodatkowo kwas ten ma działanie przeciwstarzeniowe, zwiększa skuteczność innych preparatów. Dobrze było umieścić w składzie żel aloesowy, który łagodził, regenerował i działał osłonowo na delikatną skórę twarzy (dodatkowo stosuję go jako dodatek do balsamu nawilżającego do ciała). Za bazę posłużył hydrolat różany, który nadał miksturze przyjemniejszy aromat, koił i troszkę nawilżał (lubię stosować go też solo). 
Hydrolat rumiankowy znam od dawna, świetnie sprawdza się w roli mgiełki odświeżającej w ciągu dnia dlatego zdecydowałam się włączyć go do pielęgnacji. Ma delikatny zapach, ładnie się wchłania, łagodzi podrażnienia. Napiszę o nim więcej w osobnej notce, bo warto się nim zainteresować.

Szkoda, że za kurację wzięłam się tak późno, ale już wiem, że powrócę do niej na jesień, działa zdecydowanie lepiej niż produkty dostępne w drogeriach, z którymi miałam wcześniej do czynienia. Dodatkowo tonik ten, jest naturalny, nie zawiera składników, które mogłyby zapychać skórę. Poużywałabym go jeszcze z miesiąc, ale boję się promieni słonecznych, które coraz bardziej dają się we znaki.


Dostępność składników: ja wybrałam te z Manufaktury Kosmetycznej
gdyż nie zawierają zbędnych dodatków, hydrolaty są w 100% organiczne, mają odpowiednie opakowania
Cena: koszt toniku po przeliczeniu wyszedł w granicy 11 zł / 50 ml.



Znalazłyście już swój ulubiony, skuteczny tonik oczyszczający?

wtorek, 27 maja 2014

Macadamia Tuft Detangle, szczotka do rozczesywania włosów, motyw kwiatki

Szczotki typu Tangle Teezer już jakiś czas temu podbiły serca Włosomaniaczek. Zaciekawiły mnie, to prawda, ale koniec końców doszłam do wniosku, że to niepotrzebny gadżet, mam przecież swój grzebień, swoją szczotkę, które również radzą sobie z rozczesywaniem włosów to po co mi kolejna. Zmieniłam zdanie odkąd stałam się posiadaczką tak samo działającej szczotki, która jest tańszą alternatywą dla TT. Taką samą podarowałam wczoraj mojej Mamie w prezencie na dzień Matki.
Mowa o Macadamia Tuft Detangle.


Macadamia Tuft Detangle,
szczotka do włosów





Opis producenta:


Szczotka Macadamia/Tuft Detangle to odpowiednik popularnej i rewelacyjnej szczotki do rozczesywania włosów Macadamia No Tangle, ozdobiona kobiecym, romantycznym i delikatnym motywem kwiatowym. Oprócz wyglądu szczotka ta ma same zalety: jest zaprojektowana tak, by by bezboleśnie i szybko rozczesywać splątane pasma nawet najbardziej opornych włosów. Jej włosie-ząbki wykonane są z elastycznego materiału i posiadają trzy różne długości

Szczotka jest delikatna dla struktury włosa, nie szarpie, nie wyrywa, dzięki wyprofilowanemu, lekko zaokrąglonemu kształtowi przystosowuje się do powierzchni czesania i idealnie przylega do głowy.
Szybko, delikatnie i sprawnie ześlizguje się po powierzchni włosów, pozostawiając efekt 
gładkich włosów w idealnym ładzie. 



Szczotka jest lekka, zgrabna, posiada elastyczne ząbki o trzech różnych długościach. Cechuje ją niewielki rozmiar i kobiecy motyw na zewnętrznej stronie.


Jest idealna do każdego rodzaju włosów: 
kręconych, 
falowanych, 
gęstych, 
trudnych do rozczesania, 
plączących się i puszących,
delikatnych, 
cienkich i łamliwych, 
farbowanych i poddawanych chemicznym zabiegom, 
dojrzałych,
wypadających, 
przedłużanych i sztucznych, 
dziecięcych.







Już kiedy pierwszy raz użyłam Tuft Detangle wiedziałam, że w zapomnienie pójdą dotychczas używane przeze mnie grzebienie i szczotki. Naprawdę. Jest świetna.

Macadamia różni się od oryginalnego TT tym, że posiada wyprofilowaną rączkę, dzięki której wygodnie leży w dłoni, nie wyślizguje się z niej. Posiada ząbki o różnych długościach, to sprawia, że dosięga wszędzie tam, gdzie potrzeba (podobno są też one bardziej miękkie). Jest tańsza od swojego pierwowzoru. TT nie miałam, ale ta z Macadamia zrobiła na mnie ogromne wrażenie!

Świetnie radzi sobie z rozczesywaniem włosów zarówno mokrych jak i suchych. Nigdy wcześniej żadna szczotka czy grzebień z taką łatwością nie sunęły po moich grubych i gęstych włosach. Największą jej zaletą jest to, że nie szarpie i nie ciągnie włosów, bezboleśnie rozprawia się ze splątanymi pasmami. Nie miałam pojęcia, że tak bardzo można ułatwić sobie codzienne rozczesywanie włosów przy użyciu jedynie jednego produktu na dodatek takiego, który nie ingeruje bezpośrednio w strukturę włosa. Obudowa szczotki jest dostosowana do owalu głowy, dzięki temu lepiej do niej przylega i dodatkowo zapewnia nam masaż skalpu. Jest lekka i zgrabna, przykuwa oko. 
Z moich obserwacji wynika, że szczotka wygląda na wytrzymałą i powinna posłużyć mi dłuższy czas. Żaden ząbek, żaden element mojego egzemplarza nie uległ uszkodzeniu, wszystko wygląda tak jak w dzień kiedy ją dostałam.
Włosy po rozczesaniu ich przy użyciu Tuft Detangle są idealnie wygładzone i miłe w dotyku. 
Do minusów zaliczam tylko to, że wolałabym aby egzemplarz w zestawie posiadał jakąś klapkę, osłonkę na ząbki, abym mogła bez obawy wrzucić go do torebki. 


Dostępność: sklepy fryzjerskie np. HairStore
Cena: ok. 35 zł 


Na HairStore obecnie trwa promocja na ten produkt i kosztuje 28,99 zł / szt!,
podaję bezpośredni link: klik!



Co o niej sądzicie?

poniedziałek, 26 maja 2014

Ingrid: Prelude Primer Base (baza pod makijaż)

Baza pod makijaż to produkt, którego nie stosuję regularnie. Nie chcę dodawać skórze dodatkowej warstwy kosmetyku, więc stosuję ją dość okazjonalnie, najczęściej wtedy kiedy sytuacja wymaga aby mój makijaż przetrwał wiele godzin w nienagannym stanie bez poprawek, bądź wtedy kiedy szykuje się jakaś uroczystość na której będę fotografowana.


Ingrid,
Prelude Primer Base (baza pod makijaż)




Opis producenta:

 Matująca baza pod makijaż nadaje skórze niezwykłą gładkość i kaszmirową miękkość. Dzięki niej otrzymasz natychmiastowy efekt wygładzenia, nawilżenia oraz delikatnego napięcia. Lekka silikonowa formuła gwarantuje perfekcyjne i profesjonalne wykonanie makijażu, ułatwia rozprowadzenie fluidu oraz pudru. Optycznie spłyca zmarszczki i 
tuszuje wszelkie niedoskonałości cery.


Baza zamknięta jest w czarnym plastikowym opakowaniu z pompką, kosmetyk otrzymujemy dodatkowo zabezpieczony kartonikiem. Produkt przezroczysty, bezzapachowy. Pojemność: 30 ml.




Jako, że tego typu produktów używam sporadycznie, to staram się wybierać kosmetyki tanie, bądź takie o małej pojemności, aby w razie ich przeterminowania nie było mi żal wydanych pieniędzy.
Baza z Ingrid ma raczej standardową pojemność, ale cena jest na tyle niska, że może skutecznie zachęcić do zakupu.

Kosmetyk Ingrid Prelude Primer Base ma żelową, aksamitną konsystencję, łatwo rozprowadza się na skórze, mała ilość wystarczy aby pokryć nią całą twarz. W tym miejscu przyczepię się do pompki gdyż źle dozuje produkt. Powiedziałabym, że "wypluwa" bazę, dość ciężko chodzi, zacina się i najczęściej podaje nieodpowiednią ilość.
Głównym minusem tej bazy w moim mniemaniu jest to, że nie współpracuje z minerałami, a to właśnie ich używam na co dzień. Podkład płynny zaś, rozprowadza się na niej odpowiednio, nie ściera się, nie roluje. 
Baza szybko się wchłania, a rezultaty jej użycia to: wygładzenie, zmatowienie, delikatne napięcie skóry, zmniejszenie widoczności porów.
Nie zauważyłam wraz z siostrą (która również ją stosuje) aby baza nawilżała, wydaje nam się nawet, że trochę wysusza. Nie przedłuża trwałości makijażu, na dłuższą metę może zapychać, ja bałabym się stosować ją codziennie.

Nie wiem jak Wy, ale ja nie lubię czuć na twarzy tej otoczki jaką dają produkty silikonowe. Znacie jakąś delikatną, lekką, mało wyczuwalną bazę o niesilikonowym składzie?



Skład:




Dostępność: małe osiedlowe drogerie, internet
Cena: 10-15 zł/ 30 ml


Produkty tej marki często można wygrać w konkursach na ich FunPage'u: klik!


Macie swoją ulubioną bazę pod makijaż? :-)

piątek, 23 maja 2014

DIY: Maseczka oczyszczająca z zielonej glinki, neem i spiruliny

Te z Was, które zaglądają na mojego bloga trochę regularniej, wiedzą, że jestem fanką wszelkich glinek i naturalnych maseczek. Regularnie nakładam na moją skórę odżywcze i oczyszczające produkty, dowolnie dobierając składniki i proporcje. Jakiś czas temu zrobiłam mix, do którego często wracam. Jesteście ciekawe o czym mowa? :-)



Maseczka oczyszczająca z zielonej glinki, neem i spiruliny




Zielona glinka

Zawiera blisko 20 soli mineralnych. Ma właściwości dezynfekujące, absorpcyjne, gojące i odżywcze. Lecznicze i pielęgnacyjne właściwości tej glinki oparte są na zasadzie fizycznej absorpcji substancji szkodliwych, a także chemicznej absorpcji wody. Stosowanie na skórę glinki zielonej ma działanie wychwytujące toksyny zgromadzone na jej powierzchni i jednocześnie odżywiają ją. Dobrze wchłania zanieczyszczenia i wygładza naskórek, delikatnie go złuszczając. Zmniejsza zmarszczki i zapobiega ich powstawaniu. Zielona glinka dezynfekuje istniejące zmiany skórne, przyspiesza ich gojenie i przyczynia się do wyrównania pH do wartości przyjaznej dla skóry. Ma działanie ściągające, matujące i wysuszające. Zamyka rozszerzone pory i zapobiega tworzeniu się zaskórników. 


Neem

Drzewo Neem jest bardzo cenione w medycynie ajurwedyjskiej ze względu na właściwości lecznicze, antyseptyczne, antygrzybiczne, odkażające i tonizujące. Neem stosowane jest w stanach zapalnych, przeciw gorączce, nawet malarii, przeciw pasożytom, przeciw łupieżowi i wszom. Łagodzi pieczenie, infekcje, łuszczenie skóry, krwawienie, objawy trądziku, pokrzywki, grzybicy i świerzbu. Leczy wypryski. Skóra staje się gładka, miękka, świeża, odmłodzona i jędrna.  
W formie olejku skutecznie leczy infekcje bakteryjne i grzybiczne (zwłaszcza dzięki dużej zawartości azadirachtyny), a także działa odstraszająco na komary.


Spirulina

Jest bogata w naturalną prowitaminę A i białka, które są niezbędne do odbudowy naskórka. Stymuluje odbudowę włókien elastycznych oraz fibroblastów. Jest źródłem witamin, minerałów oraz nienasyconych kwasów tłuszczowych, a także potrzebnych aminokwasów, ponadto bogata w beta-karoten, którego jest 10 razy więcej niż w marchwi. Ma właściwości gojące, przeciwrodnikowe, przeciwzapalne, przeciwłojotokowe. Wspomaga leczenie trądziku. Wygładza, oczyszcza, rozjaśnia skórę, działa łagodząco i regenerująco.



Opis przygotowania:

 1. Plastikową bądź drewnianą łyżeczką odmierzam każdy surowiec w ilości wg własnego uznania, wystarczy 3/4 małej łyżeczki każdego produktu: zielonej glinki, neem i spiruliny.



2. Dodaję wodę (mineralną) w takiej ilości aby stworzyć gęstą, ale łatwą w nałożeniu masę. W konsystencji ma przypominać nieco rozwodnioną śmietanę. 



3. Mieszam wszystkie składniki używając do tego drewnianej szpatułki.




4. Grubą warstwę maseczki nakładam pędzlem pomijając okolice oczu i ust, zostawiam na około 20 minut. Kiedy zaczyna wysychać, zraszam buzię hydrolatem bądź wodą termalną (z braku laku wystarczy też woda mineralna).





Efekty:

Jest to mega oczyszczająca maseczka, składająca się ze składników, które idealnie pasują do cery trądzikowej, łojotokowej, tłustej czy mieszanej. Skóra po jej zmyciu jest gładka, pory zaś - oczyszczone i zmniejszone. Dobrze działa przy pojawiających się zmianach trądzikowych, łagodzi, a także wspomaga ich leczenie, zapobiega powstawaniu zaskórników. Działa bardzo odżywczo dzięki szeregu witamin i minerałów. Lekko rozjaśnia koloryt skóry. Dzięki zawartości zielonej glinki cera jest zmatowiona, znika wcześniej widoczny błysk. Korzystając z tego, że proszek Neem ma wyczuwalne drobinki, podczas zmywania maski, wykonuję peelingujący masaż twarzy. Bardzo polubiłam tę maseczkę, odpowiednio radzi sobie z moją wymagającą cerą. Po jej użyciu skóra jest trochę ściągnięta dlatego nakładam na nią lekki krem bądź serum expresowe (np. mieszankę kwasu hialuronowego i oleju lnianego). Jedynym minusem jaki dostrzegam to dość oporne usuwanie maseczki z twarzy, wiadomo jak zmywa się glinki - trzeba się trochę namachać. Dla mnie nie jest to jednak istotnym problemem dlatego maseczkę staram się stosować raz na tydzień/dwa.

Taki kosmetyczny mix można nakładać na wszystkie miejsca dotknięte trądzikiem, wymagające oczyszczenia: np. twarz, plecy, szyja, dekolt.





Lubicie samodzielnie wymyślać i sporządzać maseczki do twarzy? :-)

środa, 21 maja 2014

ShinyBox - Let's Be a Woman, maj 2014

Już mam! :-) Kuriera wypatrywałam od rana, w końcu dojechał i wręczył mi najnowszego ShinyBoxa. Oprawa graficzna jak zwykle super, a i środek niczego sobie, same zobaczcie! :-)


ShinyBox - Let's Be a Woman, 
maj 2014






Tym razem w skład zestawu kosmetyków wchodzi 6 produktów i jedna próbka, Subskrybentki zaś mogą cieszyć się z jeszcze jednego, dodatkowego produktu. Już przechodzę do zaprezentowania każdej rzeczy osobno.



Rexona
Antyperspirant Max Perfection
produkt pełnowymiarowy
(25 zł / sztukę)

Dermedic
płyn micelarny Hydrain3 Hialuro
dostałyśmy miniaturę 100 ml
(14 zł / 200 ml)

Schwarzkopf Professional
Moisture Kick Beauty Balm, balsam do włosów
dostałyśmy mianiaturę 30 ml
(62 zł / 150 ml)

Clarena 
Silver Foot Cream
dostałyśmy mianiaturę 30 ml
(30 zł / 100 ml)

Clarena 
Silver Hand Cream
dostałyśmy mianiaturę 30 ml
(25 zł / 100 ml)

L'occitane
Woda toaletowa wanilia & Narcyz
dostałyśmy mianiaturę 7,5 ml
(230 zł / 75 ml)

Egyptian Magic
All-Purpose Healing Skin Cream, wszechstronny krem
próbka 3 ml

Balmi
Balsam do ust, truskawkowy
produkt pełnowymiarowy
(15 zł / 7g)









Zawartość tego pudełka bardziej przypadła mi do gustu aniżeli wersja kwietniowa, chociaż i w tamtej odkryłam ciekawe produkty. Po raz kolejny ShinyBox zachwyca ciekawą barwą i wzorem pudełka. Jest bardzo kolorowe, szalone, z pewnością je do czegoś wykorzystam.

Po ściągnięciu pokrywy i usunięciu ozdobnej bibułki, ukazała mi się spora ilość ciekawych specyfików. Wiem, że niektóre z Was są rozczarowane, że drugi raz z rzędu pojawił się antyperspirant Rexony. Ja jestem zadowolona, po pierwsze - bo takie produkty towarzyszą mi na co dzień, więc nie będzie to kosmetyk, o którym zapomnę na długi czas odkładając go na dno szuflady. Po drugie, czytałam już jakiś czas temu na jego temat dużo pozytywów i sama miałam go kupić, ale żal mi było wydać na taką rzecz 25 zł. Dzięki ShinyBoxowi dowiem się czy jest warty takiej kwoty. Co prawda sama wybrałabym wersję fioletową, ale tę co mam, też chętnie wypróbuję.

Płyn micelarny Dermedic znam i oceniam go bardzo dobrze (recenzja: klik!). Mała buteleczka świetnie zda egzamin w podróży.

Od marki Schwarzkopf  otrzymałyśmy balsam nawilżający do włosów. Miałam już kilka produktów tej marki i za każdym razem byłam zadowolona. Bardzo lubię wszelkie maseczki do włosów, dlatego świetnie, że mogę przetestować kolejną.

Następnie mamy dwa kremy Clareny. Podobnie jak w przypadku Rexony, niektóre z Was są zawiedzione, że drugi raz z rzędu otrzymujemy w pudełku tę samą markę. A mi się własnie podoba, że trafił mi się krem do stóp i rąk z uwagi na to, że markę Clarena znam dość słabo, a chętnie wyrobię sobie zdanie na temat ich kosmetyków, tym bardziej, że w ostatnim boxie był krem liftingujący, który z racji niedopasowania do profilu mojej cery podarowałam Mamie.

Super, że w końcu w SB pojawił się jakiś zapach! :-) Trafiło na L'occitane, wersja wanilia i narcyz. Szkoda, że buteleczka nie ma atomizera. Zapach trochę nie w moim stylu, ale może będę używać, zobaczę jak rozwija się na skórze.

Jako gratis otrzymałyśmy próbkę kremu Egyptian Magic, o którym robi się coraz głośniej w internecie. Mam pełnowymiarowy słoiczek tego produktu i muszę Wam powiedzieć, że działa świetnie! Jest naturalny, składa się z 6 składników, ma bardzo wszechstronne działanie.

Subskrybentki otrzymały dodatkowo balsam do ust firmy Balmi. Ja dostałam wersję truskawkową, zawiera SPF15, witaminę E, masło shea i olej jojoba, jestem ciekawa jak się sprawdzi! :-)



Jeśli macie ochotę na takiego boxa to pojedyncze opakowanie kosztuje niezmiennie 49 zł i 
dostępne jest na stronie ShinyBox.




Jak Wam się podoba Let's Be a Woman? :-)

wtorek, 20 maja 2014

Earthinicty Minerals: zestaw startowy Fair - podkład, korektor, puder i pędzel

Kosmetyki naturalne towarzyszą mi już od kilku ładnych lat, podobnie jest też z kolorówką. Sporadycznie sięgam po podkłady tradycyjne gdyż dawno temu odkryłam, że to minerały lepiej sprawują się na mojej wymagającej cerze. Uwielbiam je za to, że nie czuć ich na twarzy, są lekkie, nie zapychają, skóra w nich oddycha. Do tego ta mnogość kolorów, formuł, marek, każdy znajdzie coś dla siebie!



Earthinicty Minerals, 
zestaw startowy Fair






Opis producenta:

Każdy zestaw zawiera mini słoiczki z następującymi produktami Earthnicity: 
2 x podkład mineralny każdy po 2,5 g 
1 x puder utrwalający Silk Glow 2,5 g 
1 x korektor mineralny o wadze 1 g 
1 x syntetyczny pełnowymiarowy pędzel kabuki do aplikacji pudrów mineralnych.

Do wyboru przygotowaliśmy siedem zestawów, w których kolorystyka produktów dobrana została w zależności od karnacji. Każdy pojemniczek posiada sitko i w całości jest wypełniony produktem. Wybrane przez nas odcienie sprawią, że nie będziesz musiała zastanawiać się nad tym, jaki produkt jest dla Ciebie odpowiedni.


Do przetestowania wybrałam najjaśniejszy wariant zestawu  kosmetyków (FAIR) z racji mojej jasnej karnacji. W jego skład weszły dwa podkłady w kolorach: Alabaster, Porcelain, korektor: Ivory, puder: Silk Glow Light i pędzelek typu kabuki.


Wszystkie produkty wyglądają elegancko i sprawiają wrażenie trwałych. Z pędzla nie wypadł ani jeden włosek, opakowania kosmetyków są mocne i posiadają wygodne sitka, dzięki którym nie ma problemu z nadmiernym wysypywaniem się proszku.


Podkłady:





W zestawie Fair znajdują się dwa najjaśniejsze podkłady jakie znajdziemy obecnie w ofercie marki Earthnicity. Bardzo ciekawiła mnie ich jakość i moc krycia. Proszki są delikatne, raczej mało kremowe, dość suche, ale nie pylą podczas aplikacji, nie ciemnieją w ciągu dnia. Łatwo nałożyć je na skórę przy pomocy odpowiedniego pędzla. Dają matowe wykończenie i zawierają naturalny filtr przeciwsłoneczny. Z poziomu krycia jestem zadowolona, podobnie jak z trwałości, -nie ścierają się w ciągu dnia, nie spotkała też mnie niemiła niespodzianka w postaci zapchania, więc w zasadzie same plusy. Pełnowymiarowe opakowanie zawiera aż 9 g proszku i kosztuje 86,99 zł. 

Alabaster jest bardzo jasnym odcieniem, myślę, że będzie odpowiedni dla bladych cer, nie zawiera ani odrobiny różu, nie jest też żółty, to dość neutralny kolor. W opakowaniu prezentuje się bardzo ładnie, liczyłam na niego, ale niestety okazał się dla mnie zbyt jasny. Nauczona doświadczeniem wiem jednak, że kosmetyki mineralne świetnie radzą sobie w różnych rolach, dlatego stosuję go jako korektor. Pokrywam nim buzię przed nałożeniem podkładu. Dobrze wyrównuje koloryt mojej cery, nie pokrywa w 100% przebarwień, ale po 1 kolor nie jest dopasowany, a po 2 stosuję również w tym celu podkłady mineralne o kryjącej formule.

Idziemy dalej, kolor Porcelain to drugi w kolei odcień w palecie marki. Wiedziałam po opisie dostępnym na stronie, że ma nutę różowości, której osobiście w podkładach bardzo nie lubię. Mam żółtawy odcień karnacji dlatego takie barwy zupełnie do mnie nie pasują. Po roztarciu proszku na skórze tylko utwierdziłam się w przekonaniu, że to nie dla mnie. Jest jasny, beżowo-różowy, ale nie wpisuje się obecnie w odcień kolorytu mojej cery. Całkiem możliwe, że pojawi się w którymś z rozdań dla Was, obserwujcie mojego bloga! :-)


Korektor:



Jako, że podkłady jaśniutkie to i korektor umieszczono w tym zestawie najjaśniejszy. Ivory to odcień dla bladej bądź jasnej karnacji. Ma fajną konsystencję, nadaje się do ukrywania niedoskonałości, przebarwień i cieni pod oczami. Posiada żółtawe tony z czego jestem osobiście bardzo zadowolona. Krycie określam jako średnie - dla mnie odpowiednie. Z resztą siłę produktów mineralnych możemy stopniować przez dodanie kolejnych cienkich warstewek, więc jeśli Wasza cera tego potrzebuje - można spróbować. Moje cienie pod oczami również jest w stanie zamaskować (w te miejsca nakładam produkt zwilżonym pędzelkiem bądź w duecie z delikatnym, lekkim kremem). Fajny korektor. 
Pełnowymiarowe opakowanie zawiera 2,5 g proszku i kosztuje 54,99 zł. 


Puder:



Silk Glow Light - jest to jedwabny puder wykończeniowy, który zapewnia efekt rozświetlenia cery. Jako, że mam przetłuszczającą się skórę to nie przesadzam z tego typu produktami, ale przy odpowiednim pudrze matującym, nie ma większych problemów i tak nie nakładam go na całą powierzchnię twarzy. Puder nadaje delikatny blask cerze, rozświetla ją, zawiera delikatne, nietandetne drobinki. Ma lekką, suchą konsystencję, nie podrażnia skóry. Ładnie wygląda nałożony w kącikach oczu - rozświetla spojrzenie, czy na kościach policzkowych. Pełnowymiarowe opakowanie zawiera 4,5 g proszku i jego koszt to 74,99 zł.


Swatche wszystkich produktów sypkich:






Pędzel Kabuki:


Jest mały, ale spokojnie, to pełnowymiarowy produkt, zmieści się do kosmetyczki, a nawet kieszonki w torebce. :-) Ma syntetyczne włosie, bardzo miękkie, przyjemne w dotyku. Nie ma mowy o podrażnieniu twarzy. Odpowiednio nabiera i rozprowadza sypkie kosmetyki mineralne. Jest solidny, elegancki, nie wypadł z niego ani jeden włosek. 
Do mycia używam delikatnego szamponu dla dzieci, bądź żelu do hig. intymnej i  nic złego się z nim nie stało. Bardzo przyjemny!
Kosztuje 64,99 zł.




Dostępność: zestawy dostępne są na stronie producenta: klik!
Cena: obecnie trwa promocja, każdy zestaw kosztuje 125 zł zamiast 139.


Jak widzicie z podkładami nie trafiłam odpowiednio w mój koloryt cery i bardzo tego żałuję. Alabaster służy mi jako korektor i w sumie fajnie, bo i tak miałam jakiś kupić, mój obecny prawie dobija dna. Pędzel, korektor Ivory i puder rozświetlający przypadły mi do gustu i z pewnością będę ich nadal używać. Co do cen produktów to zgodzę się, że są dość wysokie. O ile za podkład jestem w stanie dać te 87 zł gdyż ma bardzo dużą pojemność, która spokojnie wystarczyłaby mi na ok 9-10 miesięcy użytkowania, tak nad zakupem pędzla czy rozświetlacza musiałabym się porządnie zastanowić. Prawdą jest jednak fakt, że tego typu pędzle mogą posłużyć nam latami, mam 3 Flat Topy których używam naprzemiennie, bez uszczerbku towarzyszą mi już któryś rok (chyba piąty). Jakość tych produktów oceniam na bardzo dobrą i mogę Wam je polecić. :-)


Post wyszedł długi dlatego kończąc już, wspomnę, że marka Earthnicity wychodząc na przeciw oczekiwaniom klientek w Polsce, ma zamiar wprowadzić nowe odcienie swoich produktów. Niebawem przedstawię Wam kilka kolorów, które zespół Earthinicity ma zamiar ulokować w swojej ofercie. Są to propozycje odcieni, dlatego Wasze komentarze będą mogły zasugerować marce, które barwy najbardziej przypadły Wam do gustu. :-)



Marka Earthnicity zaoferowała 15% rabatu na wszystkie produkty na stronie sklepu.
Aby z niego skorzystać należy wpisać w odpowiednim polu kod zniżkowy o treści: MINERALNY.




Znacie Earthinicity Minerals?

poniedziałek, 19 maja 2014

ShinyBox - recenzja kwietniowego pudełka Fit&Shape

Już dzisiaj ruszyła wysyłka majowej edycji pudełek ShinyBox. Nie dostałam jeszcze informacji o tym, że i mój box jest w drodze, ale liczę, że najprawdopodobniej jutro bądź pojutrze trafi w moje ręce. Już nie mogę się doczekać! :-) 
Radośnie wyczekując przesyłki, przystępuję do krótkiego opisu kosmetyków, które znalazłam w  kwietniowym opakowaniu.


ShinyBox, kwiecień
Fit&Shape




Kwietniowe pudełko zachwyciło wyglądem. Po raz kolejny kosmetyki otrzymałyśmy w bardzo kolorowym, rzucającym się w oczy opakowaniu. Nie wiem jak Wy, ale ja je wszystkie gromadzę, żadnego nie wyrzuciłam. :-) Przechowuję w nich kosmetyki kolorowe, lakiery, niewielkie buteleczki produktów pielęgnacyjnych. Wypełniłam nimi wnętrze toaletki i szuflad - świetnie organizują mi przestrzeń. :-)

Zapowiedzi tej edycji były szumne i na zakup pudełek zdecydowało się bardzo dużo kobiet. Podobnie jak w poprzednim miesiącu boxy zostały wyprzedane już w przedsprzedaży. Kosmetyki z marca były świetne, wszystkich używam z miłą chęcią i mogę je polecić. W przypadku Fit & Shape mam pewien niedosyt. Dlaczego? No właśnie - miało być fit, miało być shape, a poza antyperspirantem nie ma co szukać pełnowymiarowych kosmetyków oddających hasło przewodnie pudełka. Nie mniej jednak zachęcam Was do zapoznania się z moją opinią poniższych produktów.


1. SYIS - ampułka antycellulitowa

Pomysł za umieszczenie tego typu kosmetyku w pudełku - świetny, wiele z nas szuka produktów antycellulitowych mimo, że zwykle po zużyciu drogeryjnych specyfików odchudzających, czujemy się zawiedzione znikomym działaniem, to i tak kupujemy je licząc, że kolejny zdziała więcej niż poprzedni. Syis to marka określająca swoje kosmetyki mianem "profesjonalnych", nie znajdziecie ich w zwykłych sklepach. Ampułka zawierała tylko 10 ml i nijak nie da się przetestować w pełni produktu. Buteleczkę podarowałam siostrze, zużyła ją na raz. Test ten nie spowodował u niej chęci zakupu pełnowymiarowego opakowania.

2. Mythos - żel pod prysznic

Marka ciekawiła mnie od dawna dlatego fajnie, że w końcu mogłam wypróbować jeden z ich produktów. W pudełku znalazłam oliwkowy żel pod prysznic. Nie zawiera parabenów, silikonów, barwników (SLS niestety jest).  Ma lekką, kremową konsystencję, delikatnie się pieni, ma orzeźwiający zapach, nie ma problemu z jego zmyciem. Po użyciu tego produktu skóra jest czysta, miękka, wydaje się być bardziej gładka. Ze względu na małą pojemność próbki (50 ml) bardzo szybko ją zużyłam, ale mam chęć na więcej. 

3. Clarena - Diamond Day Lift Cream - diamentowy krem liftingujący

Jako, że jeszcze nie używam produktów liftingujących, postanowiłam przekazać je do testowania komuś innemu. Clarena jest popularną marką, kiedyś używałam ich kremu pod oczy i w zasadzie byłam zadowolona. Żałuję, że produkt ten nie był bardziej dopasowany do mojego profilu cery.

4. Rexona - antyperspirant

Wiele z Was nie kryło zdziwienia, że taki produkt jak antyperspirant znalazł się w ShinyBoxie. Przyznaję - ja również nie spodziewałam się takiego kosmetyku. Nie mniej jednak antyperspirant to rzecz, której używamy przecież na co dzień. Ja nie spisałam go na straty.  Ładnie pachnie, dobrze działa. Już dawno nie miałam sprayu, zwykle kupuję sztyfty, więc to zawsze jakaś odmiana.




1. Mythos - gąbka z Luffy

Jest to naturalna gąbka roślinna, ma delikatnie żółtawy kolor i jest szorstka w dotyku. W kontakcie z wodą trochę mięknie i pęcznieje. Porządnie masuje skórę, stanowi swego rodzaju kosmetyk peelingujący, tyle że jest w 100% wyzbyta uczulającej chemii. Pozostawia skórę umytą, gładką, dobrze wyszorowaną. Nie spodziewałam się, że będzie tak dobrze działać!

2. Donegal - lakier do paznokci

Choć wiele z Was w swoim pudełku ujrzało ten lakier w odcieniu żółtym, to mi się trafił ciemny granat. Nie jestem z tego powodu zawiedziona, bo w swojej kolekcji nie miałam jeszcze takiego koloru. Na paznokciach prezentuje się bardzo fajnie (będzie osobny post) i co najważniejsze - jedna warstwa wystarczy aby pokryć płytkę. Szybko wysycha, ładnie się trzyma. To dobry produkt.

3. Donegal - naklejki na paznokcie

Nie używam takich wynalazków, za dużo zachodu aby to odpowiednio dociąć i nałożyć na paznokcie. Gdyby trafił mi się jakiś ładniejszy kolor albo wzorek - może i wypróbowałabym jak to wygląda. Wściekły róż nie jest jednak moją ulubioną barwą (:D) dlatego od samego początku wiedziałam, że go nie użyję.





Jak oceniacie zawartość tego pudełka?

niedziela, 18 maja 2014

WYNIKI!

Dwa dni temu zakończył się konkurs, w którym do wygrania były trzy pojedyncze zaproszenia na darmową depilację laserem w gabinecie Epilira we Wrocławiu. Mimo, że było o co powalczyć, zgłoszeń było mało. Pisałyście mi, że żałujecie, że nie możecie wziąć udziału, bo nie macie po drodze do mojego rodzinnego miasta. Ja też żałuję!
Tak jak wskazuje regulamin - dzisiaj przystąpiłam do losowanie trzech osób, które będą mogły skorzystać z depilacji laserem LightSheer Duet. :-)



Nie przedłużając, poniżej wyniki. 
Dziewczyny, za moment skontaktuję się z Wami mejlowo, aby przekazać dalsze wskazówki dotyczące realizacji nagrody. :-)










Gratuluję! :-) 

sobota, 17 maja 2014

Celia: Pomadka - błyszczyk 2w1, kolor 602

Do niedawna częściej sięgałam po błyszczyki aniżeli pomadki. Mam ich sporo, w różnych odcieniach, o różnym wykończeniu. W pomadkach mocno kryjących źle się czuję i wydaje mi się, że jeszcze do niech "nie dorosłam". Moje spojrzenie na szminki zmieniają jednak takie produkty jak Celia, które są swego rodzaju połączeniem obu powyższych produktów.



Celia, 
Pomadka - błyszczyk 2w1 
kolor 602





Opis producenta:

Łączy najlepsze zalety pomadki błyszczyka. Nadaje ustom półtransparentny efekt i subtelny kolor. Posiada właściwości
 nawilżające i apetyczny 
winogronowy zapach.


Pomadka mieści się w typowym dla tego kosmetyku opakowaniu, które dodatkowo zabezpieczono srebrnym kartonikiem. Szminka ma delikatny zapach i miękką konsystencję. Pojemność: 6g.


Dostępna w 6 kolorach utrzymanych w jasnej tonacji różu, beżu i brzoskwini. 

Opisuję kolor: 602





Pomadka wizualnie przypadła mi do gustu, ma ładne, eleganckie, schludne opakowanie. Otwieranie i zamykanie produktu nie stanowi problemu, nakrętka dobrze trzyma.
Wybrałam dla siebie kolo 602 choć przyznam szczerze, że kusiły mnie też inne odcienie. :-)

Pomadka ma przyjemny, delikatny zapach i łatwo rozprowadza się na ustach. Posiada miękką, konsystencję, która sprawia, że aplikacja jest szybka i prosta. Niestety - już na drugi dzień przekonałam się, że z uwagi na to, że jest taka kremowa, to bardzo łatwo o złamanie bądź naruszenie jej konstrukcji. Jeżeli jeszcze nie miałyście tej szminki, a przymierzacie się do zakupu - obchodźcie się z nią z uwagą.

Pomadka ma bardzo ładny, naturalny kolor i pięknie prezentuje się na ustach. Nadaje półtransparentne krycie, przyjemny połysk, świetnie sprawdza się przy dziennym makijażu. Nie zawiera drobinek. Pomadka nie jest trwała i dość szybko schodzi z ust, ale nie pozostawia po sobie nieestetycznych zacieków. Nie przetrwa konsumowania posiłku. Delikatnie nawilża i wygładza. Co do podkreślania załamań i suchych skórek - jeżeli usta są przesuszone, to chyba każda pomadka to wychwyci, nie zdarzyło mi się używać takiej, która by to kamuflowała.

Ma wady, ale polubiłam ją i chętnie używam. Cena na plus, ale z dostępnością trochę gorzej.





Dziwnie wyszły moje usta na tym zdjęciu, ale niech będzie. :D







Dostępność: osiedlowe drogerie, moja pochodzi z drogerii internetowej wizaz24.pl
Cena: ok. 11 zł


Drogeria internetowa wizaz24.pl, od której otrzymałam ten produkt do testów, posiada w sprzedaży pomadki Celia za 9,50 zł,
tutaj bezpośredni link: klik!



Znacie tę pomadkę?

czwartek, 15 maja 2014

Bell: Fashion Colour, Lip Gloss (błyszczyk do ust) kolor 402

Lada moment poniższy błyszczyk dosięgnie dna, dlatego czas najwyższy na recenzję. Mój dzienny makijaż może obejść się bez podkreślenia ust. Niby noszę zawsze jakieś malowidło w torebce, ale bardziej bez wytuszowanych rzęs nie wyobrażam sobie mojego makijażu. A mimo to, błyszczyki lubię. :-) Dzisiaj pokażę Wam jeden z mojej kolekcji.


Bell,
Fashion Colour, Lip Gloss




Opis producenta: 

Zawiera składnik o działaniu ochronnym i silnie nawilżającym! Dodatek specjalnie modyfikowanej glinki mineralnej gwarantuje trwałość i równomierne rozłożenie koloru na ustach. Odpowiednio dobrane polimery zapewniają intensywny połysk i efekt mokrego koloru. Złocista mgiełka zatopiona w aksamitnej formule błyszczyka nada ustom intrygujący wygląd. Przyjemność aplikacji zapewni specjalny kształt aplikatora, który precyzyjnie rozprowadzi błyszczyk Fashion Colour lip gloss na Twoich ustach. 
Dostępny w pięciu bajecznie modnych odcieniach kolorystycznych!


Błyszczyk zamknięty jest w solidnym opakowaniu, posiada szeroki, sztywny aplikator. Konsystencja zwarta, zapach wyczuwalny. Pojemność: 5,5g.

Opisuję kolor: 402




Paleta kolorów tego produktu jest dość uboga gdyż zawiera tylko 5 odcieni. Mój, o numerze 402, to drugi w kolejności. Po rozsmarowaniu na ręce przypomina brudny, chłodny róż, jeżeli przyjrzymy się dokładnie to zauważymy sporo drobinek. Nie jestem fanką świecidełek w tego typu kosmetykach, ale te mi nie przeszkadzają, nie są tandetne ani rzucające się w oczy.
Kolor na ustach wygląda naturalnie, nadaje delikatny różowy odcień i intensywny połysk. Podoba mi się, fajnie się prezentuje.
Błyszczyk ma bardzo wygodny aplikator, jest szeroki, potrafi równomiernie i precyzyjnie rozprowadzić produkt na ustach. Konsystencja jest dość gęsta, nie spływa ze szpatułki podczas nakładania. Duży plus za to, że się nie klei. 
Cechą charakterystyczną tej serii jest również owocowy zapach, nie wiem czy przy innych kolorach jest taki sam, ale mój ewidentnie pachnie malinową mambą. :-)
Błyszczyk nie wysusza ust, nie uważam też aby jakkolwiek je nawilżał. Trwałość - jak to bywa przy błyszczykach. Spożywania posiłku nie przetrwa, odbije się też na szklance podczas picia napoju.








Dostępność: szafy Bell, małe osiedlowe drogerie, internet
Cena: ok. 10 zł / 5,5g 




Po jaki błyszczyk obecnie sięgacie? :-)

środa, 14 maja 2014

Balea: Peelingujący żel pod prysznic "Buttermilk lemon"

Balea ma fajne produkty, używałam już szamponów, odżywek, olejków tej marki i zwykle byłam zadowolona. Żel peelingujący wygrałam kiedyś w konkursie organizowanym na Blogspocie. Ucieszyłam się, że będę mogła wypróbować kolejny produkt, z resztą - lubię peelingi, zużywają się u mnie w ekspresowym tempie.


Balea,
Peelingujący żel pod prysznic "Buttermilk lemon"






Opis producenta:

 Żel skutecznie i delikatnie złuszcza martwy naskórek, wyraźnie wygładza skórę. Zwiększa jej elastyczność, gładkość i jędrność. 
Nadaje się do każdego rodzaju skóry. Utrzymuje prawidłowe PH skóry. 


Żel zapakowano w miękką tubkę. Produkt jest delikatnie zabarwiony i zawiera drobinki peelingujące. Konsystencja: średnio gęsta. Pojemność: 200 ml
Edycja limitowana.




Zdaję sobie sprawę z tego, że to żel z drobinkami, a nie typowy peeling-zdzierak, dlatego efekty złuszczania nie są do siebie podobne, ale wg mnie ten produkt jest bardzo słaby. 

Butelka zachęca, jest kolorowa, wygląda estetycznie, do testów przystałam ochoczo, jednak już pierwsze użycie tego produktu spowodowało, że ten zapał się gdzieś ulotnił. Żel jak żel - dobrze myje, pieni się, nie wysusza, nie podrażnia. Nie mam wobec takich kosmetyków dużych wymagań, więc gdyby był to zwykły żel pod prysznic - oceniłabym go lepiej. 
To co mi się nie podoba w tym produkcie to drobinki peelingujące. Po pierwsze spodziewałam się, że będzie ich więcej. Po drugie - sądziłam, że będą bardziej konkretne. Te są dość drobne, delikatne, łagodne, mam wrażenie, że w ogóle nie ścierają naskórka. Do prawdy - nie zauważyłam na mojej skórze  żadnych pozytywnych efektów po użyciu tego kosmetyku. Dobrze, że łatwo się zmywa i nie pozostawia tłustej czy śliskiej warstwy. Zapach jest ciekawy, nie przypominam sobie aby jakiś inny kosmetyk, którego używałam, posiadał podobny aromat. Przypomina babkę cytrynową, czuć mleczno-cytrusowo-jogurtową woń.

Trochę plusów, trochę minusów, ale ogólnie jestem na "nie".



Skład:



Dostępność: sklepy z niemiecką chemią, internet, DM
Cena: ok. 6 zł / 200 ml





Używałyście żeli peelingujących? Macie pośród nich jakiegoś faworyta?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...